Schizofreniczny blondyn

1 Sierpień 2012 § Dodaj komentarz

Ten kolor włosów tak zwą… Otóż to. Niektórzy mają to szczęście mieć blond włosy bez użycia sztucznych środków. Takie właśnie szczęście miał  Eckbert, który swego czasu (w  romantyzmie) stał się sławny i zrobił zawrotną karierę. Współczuć czy zazdrościć?

Eckbert lubi osamotnienie, mieszka w lesie i przebywa często sam na sam ze sobą. Musi więc zostać określony mianem schizofrenika.

Ale do rzeczy: mamy schizofrenika. Jak na każdą przyzwoitą opowieść przystało, musi pojawić się stworzenie żeńskie, którego obecność zostanie później doceniona. Berta (to nie siostra Berta z Ulicy Sezamkowej) mieszka razem z Eckbertem.

Pewnego dnia przychodzi do ich chatki położonej w malowniczej okolicy przyjaciel Walter. Wszystko byłoby dobrze, gdyby Walter nie zmienił profesji: przekwalifikował się z „przyjaciela słowa” na akwizytora, co Eckbert i Berta zgodnie uznali za naganne. Walter sprzedaje teraz zestawy do pielęgnacji włosów. Ale bądźmy szczerzy: na co Bercie grzebienie i szczotki, skoro od 15. roku życia nosi perukę (wypadek w dzieciństwie)??

- To nie na miejscu – mówił do Waltera Eckbert, gdy Berta przygotowywała w kuchni herbatę

- Co zrobić!! Trudne czasy nastały . Każdy musi z czegoś żyć! – usprawiedliwiał się przyjaciel. – Poza tym ja tak na kawę wpadłem, a nie żeby na was zarobić!

-Powiedz to Bercie! Nawet nie wiesz jaka to dla niej tragedia … z tymi włosami! – odparł z wyrzutem Eckbert.

W tym momencie wchodzi Berta z herbatą i taca pełną ciastek.

Piją w milczeniu. Walter brutalnie przerywa wszechogarniającą ciszę, nadgryzając ciastko. Berta nie wytrzymuje:

-         Muszę to opowiedzieć! – krzyczy.

Jak powiedziała tak zrobiła. Cała historia przedstawia się następująco:

Berta będąc dzieckiem zabłądziła w lesie. Spotkała starsza panią, która chciała kupić jej włosy. Bo to wredna wiedźma była, która przygotowywała substancje odurzające dla wieśniaków z pobliskiej miejscowości. Berta nie zgodziła się na obcięcie swych pięknych kruczoczarnych loków. Wiedźma ja uśpiła, obcięła włosy i zwiała na miotle. Zdesperowana Berta postanowiła się zemścić. Przez 8 dni szukała jej domu, a gdy to zrobiła – zabiła jej ptaka i psa, co w zasadzie tylko pogłębiło jej rozpacz. Od tamtej pory wypomina sobie ten dzień!!

- Jak ja mogłam zabić tego ptaka!?? On znosił złote jaja i perły!! – łka.

- Skąd mogłaś o tym wtedy wiedzieć, kochanie? – pociesza ją Eckbert.

- Nie zabiłam wiedźmy, a ptaka tak! Idiotka ze mnie!!!

- Buahahahaahahahahahaha – Walter wybucha niepohamowanym śmiechem – Jaka głupia!!!

- Jak śmiesz???

I z oburzeniem sztyletują Waltera. Berta wymierzając ostatni cios, rani się w kolano, a ponieważ rany u starszych ludzi chorych na cukrzyce bardzo trudno się goja – umiera po trzech dniach.

U Eckberta odnawia się schizofrenia. Nie bierze leków, bo Berta schowała je tak, ze nie może ich odnaleźć. Później wydaje mu się, ze kogoś zabija w lesie. Nie może spać. Jeść może – zawsze mógł, wiec niby dlaczego teraz miałby nie moc?

„Któregoś dnia przypełzła do mnie ta wiedźma od substancji odurzających i powiedziała mi, ze Berta to była moja siostra” – pisze pewnego popołudnia w pamiętniku – „Przecież każdy głupi wie, ze to niemożliwe. Jak żona może być siostra?? To raz, a dwa to to, ze mój ojciec (proboszcz z parafii tutejszej) nie miał córki, wiec ja nie mogłem mieć siostry! Spać mi się chce …. ”

Zasnął i więcej się nie obudził.

Autorka zainspirowana lektura germańską / 2004 r.

KROWA

1 Sierpień 2012 § Dodaj komentarz

I. NIEBO

Jestem w niebie. Dobre stwierdzenie jak na początek. „Jesteś w niebie”. Utarty slogan z reklamowych billboardów. Używany wszędzie i w odniesieniu do wszystkiego: do past do zębów, ciastek, ciasteczek, proszków do prania i środków do mycia kibla.

Ja teraz też jestem w niebie i wcale mi się to nie podoba. Jest 23 stycznia. Środek zimy; żadnych specjalnych anomalii pogodowych nie ma. Mróz, śnieg. Bałwany, sanki i .. ja w niebie. Jestem w Niebie. W Niebie nie ma aniołków grających na chwałę niebieską. Nie ma zbyt wielu ludzi. W sumie to dziwne. Środek sezonu a na Niebie kartka „wolne pokoje”. Niebo ja nie niebo. Szukam określeń, które mogłyby opisać to miejsce. Szczęśliwe? Złowieszcze? Jakie? …. NIJAKIE. I to jest właśnie dziwne. To miejsce jest nijakie, a ja nadal w nie uciekam, kiedy tego potrzebuje. Jestem tu znów. Szukałam miejsca, gdzie mogłabym spokojnie wszystko przemyśleć. Sytuacja zmusza mnie do myślenia. Życie znów zmusza mnie do myślenia nad życiem. Tylko co ja wymyślę. Plan jest taki: siedzę w hotelu „Niebo” w górach i muszę wymyślić plan. Plan na dalsze życie. Zwiałam od tego, co mnie otaczało, a może raczej osaczało, żeby trochę popracować. Na tworzenie nowego planu nie mam za wiele czasu. Więcej niż dwa dni to mi się tu nie uda pobyć. Wyłączona komórka na nic się nie zda. Szybko mnie znajdą. Wejdą do tego pokoju przez te drzwi i usłyszę: „Czy ty na Boga jesteś poważna dziewczyno? Znikasz bez słowa, jak małe dziecko” – tak powie Zosia, a Karol będzie stał bez słowa. Będą wyczekująco na mnie spozierać. Wtedy poczuję się jak małe dziecko. Poczuję się dziwnie. Poczuję się winna. Nie, nie mogę dopuścić do tego. Tak więc muszę coś sama wydedukować i wracać do rzeczywistości. Tylko jakiej? Wczoraj przed przyjazdem tutaj odebrałam dyplom z uczelni. Mogę się pochwalić MGR przed nazwiskiem. O ile jest czym. Co teraz znaczy magister? Że na papierku widnieją literki UJ nic zupełnie nie znaczy. Studiowałam 5 lat i mniej więcej co 3 miesiące zastanawiałam się po co to robię. Przecież to mi się nie podoba, nie interesuje. Zawsze chciałam być politologiem, a jestem magistrem ochrony środowiska. Porażka. Może zacznę je numerować.

Środowisko. Mam u dupie, że jest zanieczyszczone. Ludzie sami się zabijają na milion innych sposobów, a ja nie mam zamiaru im tego tłumaczyć. Sami wiedzą, co robią. I co z tego, że ja segreguję śmieci, kupuję kosmetyki nietestowane na zwierzętach, przerobiłam samochód, żeby jeździł na gaz. Wszystko to robię chyba tylko i wyłącznie dla własnego spokoju i żeby moje sumienie mnie nie gryzło. I gówno prawda, że trzeba zacząć od siebie, by coś mogło się zmienić globalnie. Ludzkie mózgi są tak skonstruowane, że gdyby nawet postawić im pod nos kontener na odpadki, to i tak nie będą z niego korzystać. Po co? Skoro od lat wywozi się śmieci do pobliskiego lasu? To już nawet nie jest kwestia wiedzy czy niewiedzy, chcenia czy niechcenia. To nawyki i przyzwyczajenia.

W każdym bądź razie olewam środowisko. Niech każdy robi co chce. A taką wariatką to rzecz jasna nie jestem, żeby się martwić co będzie za milion lat. A raczej czego nie będzie. I co ja sobie zrobię z tym magistrem ochrony środowiska? Wsadzę w antyramę z Tesco i schowam do apteczki pierwszej pomocy.

Muszę wypić kawę. Słońce leniwie przedziera się przez chmury, a bałwan w przyhotelowym ogródku zmarkotniał. Trzeba by może coś zjeść. Wybiorę się do miasta. Świeże powietrze zawsze dobrze mi robi. Może coś przyjdzie mi do głowy. Plan. Czekam, aż plan życia przyjdzie mi do głowy.

 

II. KROWA DO MIZIANIA

Obiad był smaczny. Plan nie przyszedł. Ja przyszłam do pokoju hotelowego. Z torbą zakupów. Jak na melancholijny stan, to dziwnie go znoszę. Czyżby nowa odmiana chandro-zwały? Zamiast myśleć o planie, łażę po sklepach wydając kasę na niepotrzebne rzeczy. Kupiłam sobie buty na obcasach. Tylko po co?  Tego nie wiem. Nie umiem chodzić w takich butach i jakoś nie przepadam, ale tak mi się spodobały! Czarne, z mała srebrną klamerką z boku. Zauważam właśnie, że jest zima i w nich teraz nie pochodzę. Przynajmniej teraz. Wiosną to co innego. „Cieplejszy wieje wiatr wiosna”?

Koleiny nabytek to włochaty sarkofag na komórkę. Jest różowy (nienawidzę różowego) i imituje krowę. Imituje i usilnie stara się ją naśladować. I chyba właśnie to, że  wygląda tak żałośnie przesądziło o jej zakupie. Czasem jestem nie mnie żałosna jak ta krowa. Krowa do miziania. Krowa, która bardzo by chciała, by ktoś ją przytulił, objął ramieniem i powiedział, że będzie dobrze, chociaż sytuacja byłaby dogłębnie beznadziejna i bezdennie tragiczna. I nie chodzi wcale o sens tych słów, tylko o ich dźwięk, o to, że ktoś je do krowy wypowiedział i  że krowa je usłyszy … i będzie szczęśliwa.

I będzie szczęśliwą krową do miziania.

 

III. MĄDRE WNIOSKI

Siedzę i myślę. Tego planu nie da się wymyślić i ja o tym wiem doskonale. Gdyby można było to zrobić, każdy codziennie płakałby z radości i szczęścia. Gdyby można było zaplanować swoje życie w Power Pointcie jakie slajdy bym tam umieściła? Trudno powiedzieć. A gdybym miała ograniczyć się do 1 tylko obrazka jak on by wyglądał? Jeszcze trudniej powiedzieć, co?

A jednak nie: wiem jak by wyglądał – byłby cały czysty, żebym mogła zapisać go wtedy, gdy będę chciała. I za każdym razem po wyświetleniu prezentacji wiedziałabym, że to ja decyduję, co będzie tym slajdem. To dobra prezentacja.

Wracam do domu! Trzeba pomyśleć, co można zrobić dla środowiska, żeby się jeszcze bardziej popsuło… no co ?? Muszę z czegoś żyć. Później wymyślę jeszcze coś lepszego …. Może jakieś wielgachne wysypisko śmieci w którymś z Parków Narodowych?

2005 r.

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with ewa szymańska at kintokintira.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.